Relacja z maratonu w Walencji z nowym rekordem życiowym

04 gru 2023

Z Walencji wracam z nowym rekordem życiowym, który teraz wynosi 2 godziny, 20 minut i 43 sekundy. Najważniejsze, że nie wracam z Hiszpanii z pustymi rękoma, a maraton kolejny raz zakończony. Poniżej przedstawię Wam całą relację z biegu, a sami zapewne stwierdzicie, że osiągnięcie rekordu życiowego to naprawdę dużo, patrząc na to, ile mogłem wyciągnąć z tego biegu. Na koniec przedstawię również plusy i minusy mojego startu.

Na maraton do Walencji ruszyłem z pewnymi nadziejami. Głównym celem było pokonanie trasy poniżej 2 godzin i 20 minut, co zrealizowałoby moje biegowe marzenia na ten moment. Miałem jednak lekkie obawy, patrząc na mój poprzedni rekord życiowy, czyli 2 godziny, 21 minut i 51 sekund, oraz porównując moje przygotowania do tej życiówki. Biegałem więcej i szybciej, więc wszystko wydawało się zgodne. Mogłem więc rozważać podjęcie walki o nowy rekord życiowy. Jednak przy analizie wykonanych treningów zaczęły pojawiać się wątpliwości. Trening, na przykład 6x2 km w tempie 3:20-3:15 z 4-minutową przerwą i prędkością 4:00/km, czy 5x3 km z tą samą przerwą, sprawiał mi trudność. Jak więc myśleć o utrzymaniu takiego tempa przez całe 42 km? Na koniec opiszę trening w kolejnym wpisie. Dziś postaram się opisać cały bieg.

Walencja przywitała nas ciepłą pogodą. W ciągu dnia temperatura sięgała nawet znacznie powyżej 20 stopni. Na szczęście z biegiem czasu temperatura spadała, a wraz z nią wiatr, który zaczął się udzielać. Jedynie niepokoił mnie lekki kaszel, który towarzyszył mi od początku przyjazdu do Walencji, oraz częste kichanie i zatkany nos, co mogło zwiastować nadchodzącą chorobę. Na szczęście udało się dotrwać praktycznie w zdrowiu do linii startu, ale nadal uważam, że mam trochę infekcji w organizmie.

Na maraton do Walencji przybyło wielu wspaniałych i szybkich zawodników, mistrzów olimpijskich, świata, a także mocnych amatorów. Ponad 6 tysięcy biegaczy z rekordami poniżej 3 godzin i 900 zawodników poniżej 2 godzin i 30 minut. Wiadomo było, że będę miał z kim biegać, co bardzo mnie cieszyło, bo nie lubię biegać samemu. Trzeba było jednak uważać, aby nie popełnić błędu w tak licznej grupie. Potknięcie lub wpadnięcie było bardzo prawdopodobne. Brak koncentracji i jeden błąd mogły spowodować, jak w boksie nokaut, czyli game over. Pierwsze 5 km przebiegłem w 16 minut i 32 sekundy, z zapasem 3 sekund. Czułem się dobrze, ale niezbyt pewnie. Z nami biegła grupa z ponad 50 biegaczami. Od razu było widać, że cała grupa ma cel pokonania 2 godzin i 20 minut. 10 km pokonałem w 32 minut i 59 sekund, z zapasem 11 sekund. Nie czułem się spektakularnie dobrze, a po raz pierwszy poczułem, że siłowo czuję się słabo. Pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy, to za mało siły w przygotowaniach do tego maratonu. Kolejne 5 km minąłem w czasie 16 minut i 30 sekund, trochę szybciej, a ja zacząłem czuć się jak ryba w wodzie. Półmaraton przebiegliśmy w czasie 1 godziny, 9 minut i 36 sekund. Czułem duży zapas energii. Pomyślałem wtedy, że jeżeli żołądek mi w tym nie przeszkodzi, to na pewno dziś padnie wynik poniżej 2:20.

Na 23 km Andrzej Witek postanowił ruszyć mocniej razem z Florianem Pyszlem, więc ruszyłem z nimi, ale było to dla mnie za mocne szarpnięcie. około 3:13 i 3:15/km to zdecydowanie za szybko. Nie czułem się źle, ale wiedziałem, że przede mną jeszcze 17 km, co dla głowy stanowiło duży problem, więc zwolniłem. Teraz po analizie stwierdzam, że nie było to potrzebne, i gdybym został w grupie i dalej biegł spokojnie po 3:19-3:18, to czułbym się dużo lepiej, a 2:19 mógłby być formalnością.

Na 27 km sięgnąłem po 3 żel. Starałem się jeść żele co 9 km. Niestety, ten trzeci okazał się pechowy, niefortunnie się nim zachłysnąłem, potem złapała mnie kolka, i zrobiło mi się niedobrze. To zdecydowanie był największy kryzys. Wydolnościowo czułem się dobrze, ale żołądek i moje nogi już niekoniecznie. Przed sobą do pokonania około 14 km, a ja mam duży kryzys. 30 km minąłem z czasem 1 godziny, 39 minut i 6 sekund, z zapasem ponad 24 sekundy, aby złamać 2 godziny i 20 minut. Starałem się motywować, ale wcześniejszy interwał i kryzys na 28 km mnie psychicznie złamały.

Na 32 km znów uwierzyłem w siebie, patrząc, że cały czas mam przewagę czasową. Kryzys minął, a ja znów czuję się dobrze. Wystarczy trzymać grupę, i na styk dam radę. 35 km minąłem z 2 sekundami zapasu, ale nie czuję się tragicznie, psychicznie jednak znów ciężko. Czwarty żel niestety nie wszedł, próba popicia wodą nieudana. Lekkie rozkojarzenie, brak koncentracji, i wynik powoli ucieka. Cały czas liczę w pamięci, ile muszę przebiec, aby się zmieścić w czasie.

40 km minąłem już ze stratą 20 sekund do złamania upragnionego czasu. Szybko liczę, i myślę, że ostatnie 2 km muszę pokonać po 3:09/km. Mało możliwe, ale mam jeszcze sporo sił, aczkolwiek z tyłu głowy zdaję sobie sprawę, że będzie bolało. Nagle lekkie potknięcie, stopa uciekła i się wygięła i znajduję się leżący na asfalcie. Myślę sobie, że to niemożliwe, taka szansa, aby powalczyć do końca, a ja leżę na asfalcie. Ciężko mi w to uwierzyć. Czuję, że moja kostka i kolano pulsuje, i chyba zaraz złapie mnie skurcz na mięśniu dwugłowym. Staram się wstać i biec dalej. Słyszę szum kibiców i wielkie oklaski. Staram się biec, ale nogi bolą, powoli przechodzę z truchtu do biegu. Nie ukrywam, że to bardzo ciężkie. Trudno się zebrać i walczyć, w myślach mam tylko jedno, aby już padła życiówka i wynik poniżej 2 godzin i 21 minut. Ostatnie 2 km najwolniejsze z powodu upadku. Myślę, że uciekło mi jakieś 20 sekund, ale może i dobrze? Gdyby zabrakło mi parę sekund do złamania 2 godzin i 20 minut, na pewno dłużej bym przeżywał. Metę przekraczam z nowym rekordem życiowym, lecz z małym niedosytem. Było tak blisko, a jednak tak daleko.

Podsumowując mój start, postaram się go ocenić w plusach i minusach.

Plusy startu:

  • Bardzo dobre samopoczucie wydolnościowe.
  • Dobry start i początek biegu, mimo wielu dobrych biegaczy, nie podpaliłem się.
  • Powrót do biegu po kryzysie na 28 km (szczerze myślałem, że to już będzie puszczenie biegu).
  • Determinacja, aby ukończyć bieg po upadku na 40 km.
  • Dobre odżywianie kilka dni przed startem oraz w dniu startu.

Minusy startu:

  • Głównym minusem na pewno było szarpnięcie na 23 km; gdyby nie to, ten bieg mógłby się potoczyć dużo lepiej.
  • Brak koncentracji w różnych etapach biegu, co skutkowało m.in. upadkiem i zachłysnięciem się.
  • Problem z przyjmowaniem żeli. Ostatni żel przyjąłem na 28 km, to zdecydowanie za mało.
  • Po biegu czułem, że nie dałem z siebie wszystkiego, co świadczy chociażby brak większego bólu mięśni dzień po oraz szybkie dojście do siebie na mecie.

Cieszę się z kolejnego osiągnięcia życiowego, co jest najistotniejsze. Kluczowe w tym wszystkim to znajdowanie satysfakcji z tego, co się robi. Dlatego z radością przyjmuję fakt, że z Hiszpanii wracam z nowym rekordem i jeszcze większą motywacją do kontynuowania aktywności sportowej.

linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram